Nasz Kaka. Deyna: człowiek-legenda (ZOBACZ)
Data:Wkrótce minie 20 lat od śmierci Kazimierza Deyny. Był kochany, ale i nienawidzony. Samotnik, a zarazem kawalarz. Bez wątpienia zaś futbolowy geniusz.
Jednym z największych futbolowych idoli we współczesnym futbolu jest Kaka. Ricardo Izecson dos Santos Leite to podpora Milanu i reprezentacji Brazylii. W zeszłym roku otrzymał Złotą Piłkę tygodnika „France Football” dla najlepszego piłkarza grającego w Europie. Wygrał także plebiscyt FIFA.
Przed trzema dekadami świat też miał swojego Kakę. A może raczej - „polskiego Kakę”. Taki pseudonim nosił bowiem Kazimierz Deyna, jedna z najwybitniejszych postaci polskiego futbolu. Mimo iż od prawie 20 lat nie ma go z nami, pamięć o nim jest wciąż żywa.
Kaczy chód
Dlaczego właściwie Kaka? O ile Brazylijczykowi pseudonim „wymyślił” młodszy brat, który nie potrafił prawidłowo wypowiedzieć jego imion, to w przypadku Deyny sprawa nie jest już taka prosta. W książce „Deyna” autorstwa Stefana Szczepłka (której fragmenty cytuje portal deyna.info - prawdziwa kopalnia wiedzy o legendzie polskiej piłki), sam zawodnik nie za bardzo wiedział, dlaczego go tak nazywano.
Bardziej prawdopodobna jest więc wersja, wedle której piłkarz zawdzięcza pseudonim charakterystycznemu sposobowi chodzenia. „Chodził jak kaczka” - tak mówiono o Deynie. Potem już jednak nikt się nad tym nie zastanawiał. „Kaka” i już.Jedna z wersji mówi, że to od rodzaju strzałów, z których Deyna zasłynął. „Kaka”, czyli „kaczka” - strzał, po którym piłka uderza w ziemię przed bramką, myląc tym obrońców i, przede wszystkim, bramkarza. Tę wersję należałoby jednak odrzucić, ponieważ „Kaka” mówiono na Kazika jeszcze nim zaczął regularnie, w niemal każdym meczu imponować swoimi strzałami - czytamy.
Generał
Miał Deyna także inny pseudonim - Generał. „Le General Deyna”. Nadali mu go francuscy dziennikarze - po tym, jak poprowadził Legię do zwycięstwa nad St. Etienne. Był listopad 1969 roku. Kazik miał dopiero 22 lata i stał u progu wielkiej kariery.
Urodził się w Starogardzie Gdańskim. Jako jeden z dziesięciorga potomstwa Franciszka i Jadwigi. Szybko zdradził futbolowy talent, w miejscowym Włókniarzu nie miał sobie równych. Wróżono mu karierę w którymś z klubów z Trójmiasta (miał oferty z Lechii i Arki), ale... Deyna przeniósł się jako 19-latek do ŁKS-u Łódź. Długo tam nie pobył. Zdążył rozegrać jeden mecz w pierwszej lidze i upomniała się o niego armia.
A konkretnie Legia. Szybko stał się w niej wiodącą postacią. Grał w stołecznym klubie aż przez 12 lat. W sumie wystąpił w 390 meczach, strzelił 141 bramek. Nie było ani wcześniej, ani później piłkarza, którego tak bardzo kochaliby kibice Legii.
„Deyna Kazimierz. Nie rusz Kazika, bo zginiesz” - często niosło się z trybun stadionu Legii. A w warszawskiej lidze szóstek powstał nawet zespół „Zakochani w Kazimierzu Deynie”...
Miłość i nienawiść
Tablica z takim napisem znajduje się na stadionie przy ul. Łazienkowskiej. Koszulki z numerem 10, z którym grał Deyna, już żaden zawodnik nie założy.Jest symbolem wielkości Legii. Pomnikiem tego, co najlepsze w polskiej piłce nożnej. Znakomitym przykładem futbolowego geniuszu. Niezapomnianej legendzie - kibice Legii Warszawa.
Myli się jednak ten, kto sądzi, że Deynę kochała cała Polska. Mimo iż poprowadził biało-czerwonych do mistrzostwa i wicemistrzostwa olimpijskiego, a przede wszystkim do trzeciego miejsca na mundialu w RFN, miał przeciwników i krytyków.
Na wielu stadionach zdarzało się, że był witany gwizdami. Dlaczego? Tak próbował to wytłumaczyć legendarny Kazimierz Górski.
Apogeum „nienawiści” odnotowano 29 października 1977 roku. To paradoks, że mecz z Portugalią, który powinien zostać zapamiętany przede wszystkim z racji wywalczenia przez Polskę awansu na mundial do Argentyny, większość świadków wspomina przez prymat jednego wydarzenia...Zawsze mnie zastanawiało, że miał - oprócz sympatyków - tylu przeciwników. Może to wynikało z tego, że grał w Legii? - gdybał pan Kazimierz.
Zobacz ten momentW 38 minucie Kazimierz Deyna dokonał wyczynu, który przeszedł do historii Stadionu Śląskiego (...). Strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Stadion podniósł się z miejsc, ryknął w zachwycie, a po chwili, kiedy zorientowano się, kto wbił gola - zaniósł się gwizdami. Deyna mógł tego dnia strzelić jeszcze co najmniej dwie bramki, ale nie zdołał tego uczynić. Po meczu powiedział - były takie momenty, że chciałem poprosić trenera o zmianę. Jeszcze nigdy nie grałem w reprezentacji Polski, mając przeciwko sobie polską publiczność - czytamy w Encyklopedii Piłkarskiej Fuji Andrzeja Gowarzewskiego.
Zamknięty w sobie
Powyższe słowa Deyny zachowały się na wieki. Jednak piłkarz nie należał do zbytnio wylewnych. Rzadko uzewnętrzniał swoje emocje. Wręcz przeciwnie - był raczej zamknięty w sobie, skryty, niedostępny... Chadzał własnymi ścieżkami.
Potwierdzają to - w książce Stefana Szczepłka - ludzie, którzy mieli okazję go lepiej poznać.
Poza boiskiem to był ciekawy typ człowieka. Indywidualista. Jak był spacer - inni szli w grupkach, a on sam - zauważał Kazimierz Górski.
Zdarzało mu się jednak „otwierać”. Przekonuje o tym m.in. Henryk Kasperczak: „Jak się z nim zaczęło rozmawiać - okazywał się otwarty, naturalny i z duszą”. A Włodzimierz Lubański nazwał go „sympatycznym kawalarzem”.Kazik był indywidualistą, który miał swoje własne spojrzenia na życie - mówił Władysław Stachurski, który grał z nim w Legii.
Samolotem na treningDeyna to był bardzo dowcipny facet. Niektórzy mówili, że wolno myśli, a on miał po prostu refleksyjną naturę - przekonuje Stefan Szczepłek na łamach „Magazynu Futbol”.
O ile z kolegami z drużyny Deyna rzadko był na „stopie towarzyskie”, o tyle od pięknych kobiet nie stronił. Po przeprowadzce do Warszawy czasem zdarzało mu się „zapomnieć”.
Legia przebywała kiedyś na zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie. Przyjechała do niego dziewczyna z walizką. „Ja do pana Deyny. Jestem zaproszona” - oznajmiła. Kiedy o wszystkim dowiedział się trener Jaroslav Vejvoda, wziął 20-letniego Kazia i zrobił mu mały wykład.
Pewnego dnia poznał Mariolę. Akurat Legia leciała na mecz do Poznania. Dziewczyna pochodziła z tego miasta. Deynie tak bardzo wpadła w oko, że... gotów był na rzeczy szalone. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że po porannym treningu zdarzało mu się brać taksówkę na Okęcie, lecieć do Poznania na spotkanie z ukochaną i... tego samego dnia wracać samolotem na drugi trening!Kaziu, skoro panienkę zaprosiłeś, to nie wypada się nią nie zająć. Wynajmij jej pokój na tę noc, zaproś na herbatę, bo dziewczyna wygląda na zziębniętą, a potem idź na stację i kup jej bilet powrotny do Warszawy. Koniecznie na jutro rano. Ale pożegnaj się z nią już dziś - tak historię wspomina portal deyna.info.
Z Mariolą wkrótce wziął ślub. Urodził im się syn Norbert.
Angielski epizod
Po 12 latach gry w Legii Deyna postanowił posmakować piłki zagranicznej. Gdy opuszczał Warszawę, żegnały go tłumy. W ostatnim spotkaniu rywalem Legii był Manchester City, do którego... Kaka przechodził.
Zobacz film z pożegnania Deyny na Łazienkowskiej.
Zawsze kusiła go liga angielska. Można się zastanawiać, co by się stało, gdyby Deyna trafił do Anglii 10 lat wcześniej. Wyjeżdżał jako 31-latek. Bo wcześniej nie wolno było - tak stanowiły przepisy ustalone przez ówczesne władze.
Jak podaje jedna z angielskich stron piłkarskich, negocjacje przy transferze Deyny były wyjątkowo ostrożne. W końcu szefostwo klubu z Maine Road, z prezesem Peterem Swalesem na czele, dogadywało się z władzami polskiego wojska. Stanęło na kwocie 110 tysięcy funtów i... sprzęcie biurowym.
Deyna nie podbił Wysp Brytyjskich. Przez dwa sezony rozegrał 38 spotkań, strzelając w nich 12 bramek. Wtedy wyczynu tego jakoś nikt odpowiednio nie potrafił docenić.
Mamy do czynienia z kolejnym paradoksem. Wyjazd Deyny do Anglii jest traktowany powszechnie jako okres „odcinania kuponów” przez wielkiego piłkarza. Z drugiej strony nikt nie potrafi - od trzech dekad! - dokonać tego, co on. Wskażcie polskiego piłkarza, który miałby na koncie 12 goli w Premiership. Nie było i nie ma takiego. Ciekawe, kiedy będzie...
W kwietniu tego roku magazyn „FourFourTwo” stworzył listę 100 najlepszych obcokrajowców w historii angielskiego futbolu. Deyna znalazł się na 48. miejscu.
Po przygodzie z angielskim futbolem Deyna wyjechał za ocean. Grał w San Diego Sockers, w lidze halowej. W Stanach próbowano koniecznie rozpropagować soccer, choć... robiono to na własną modłę. Zobaczcie, jak wyglądały rozgrywki, w których grał Deyna.
Mecz życia
Po zakończeniu kariery Deyna znalazł się na życiowym zakręcie.
Deyna miał pecha, że zawierzył Tedowi Miodonskiemu. Ten „opiekował” się jego finansami. Robił to jednak na tyle niedbale, że piłkarz stracił spory majątek, sięgający pół miliona dolarów. Na robieniu interesów z Miodonskim przejechał się także Franciszek Smuda, obecnie trener Lecha.To był czas, kiedy nie układało mu się najlepiej - został oszukany przez wspólnika, miał kłopoty finansowe, bywał w kasynie, pojawił się problem z alkoholem. Rozgrywał chyba najważniejszy mecz życia, a stawka była najwyższa - odnalezienie samego siebie w nowym, już mniej kolorowym świecie - pisał o legendzie polskiej piłki „Futbol Magazyn”.
Franz tak wspomina tamten okres w wywiadzie dla „Magazynu Sportowego”.
Tajemnicze słowa Smudy odnoszą się do równie tajemniczego wypadku, jaki zdarzył się 1 września na autostradzie pod San Diego. Deyna wracał do domu Dodgem Coltem. Z niewyjaśnionych przyczyn uderzył w zaparkowaną na pasie awaryjnym i dobrze oświetloną ciężarówkę. Prawdopodobnie zasnął za kółkiem. Tak napisano w protokole z wypadku. Zginął na miejscu.Zainwestowaliśmy nasze oszczędności. Biznes nie wypalił. Nie chcę o tym mówić. Powiem tylko, że mogło być tak, że Kazio stracił przez ten biznes życie, a mało brakowało, żebym stracił je i ja. Koniec tematu. Masa pieniędzy poszła w kocioł.
Deyna zasnął na zawsze, ale pamięć o nim wciąż jest żywa. I jeszcze długo będzie.